niedziela, 26 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (10)

Audrey bynajmniej nie pomagała mu się opanować. Chwilkę potem, ruchem leniwej kotki, położyła obie dłonie na mężowskiej piersi, gładząc ją wolno i jakby z namysłem. Przysunął się bliżej okna i zauważył, że miała na sobie przyciemniane okulary. Spanikował. Mogła więc patrzeć wszędzie i nigdzie; mogła mieć przymknięte z rozkoszy oczy, ale też sięgać kątem oka na trzecie piętro, by śledzić jego żałosne akrobacje. 

Tymczasem otworzył drzwi lodówki, grzebiąc w niej hałaśliwie. Nagle wpadł na pomysł, aby wykorzystać otwarte drzwi jako zasłonę i, opierając się o kuchenny blat, wolno i niezgrabnie zdjął flanelowe spodnie. W końcu ulokował się na ceramicznym zlewie, mając w dłoni pęczniejącą męskość. Robił to wszystko, starając się nie puszczać uchwytu od lodówki, co dało doprawdy komiczny efekt. Ale opłaciło się - z poziomu zlewu, wychyliwszy głowę na ukos i odpowiednio manewrując całym ciałem, miał całkiem niezły widok. Sennie, miarowo poruszał napletkiem, a wilgotna powierzchnia zlewu chłodziła mu pośladki.

Starał się nie spuszczać oczu z Audrey. Było to warunkiem trwania przyjemności, a także nastroju, w którym muzyka, obrazy i jego własne myśli tworzyły harmonijną całość. "Oto prawdziwa kobieta - dumał - oto kobieta dla mnie. Bez żalu rozstała się z pierwszą młodością, ale nie jest cyniczna ani drętwa. Wie doskonale, czego pragnie od życia, smakuje każdą chwilę. Świadoma swojej wartości, chyba niczego nie żałuje... Nie kupuje tanich pochlebstw, nie rzuca się na oślep. Waży i ocenia, niczym dobra gospodyni sztukę mięsa... Dilerka miłości..."

Przez jakiś kwadrans Audrey opalała się obok męża, a potem znikła za domkiem. Gdy wróciła, niosła dwie donice pięknych niebieskich hortensji, przez chwilę ciesząc oczy ich widokiem. Telefon męża zadzwonił, zza płotu dobiegło ich szczekanie psa, wróbel przeleciał. Patrzył na Audrey, podziwiając sposób, w jaki reagowała - i reagował na jej reakcje. Kolejny raz odniósł wrażenie, że w jej uśmiechu czai się drwina. A potem znowu pochłonął ją ciemny i chłodny prostokąt drzwi.




"Może w jakiś sposób pozwoliła by się zdobyć, może nieświadomie czeka na swego backdoor mana... Jedno jest pewne: dla niej warto byłoby nadstawić karku, nie to, co dla tamtej; byłem ostatnim frajerem myśląc inaczej. Ty, Audrey, dobrze rozumiesz, że są rzeczy bezcenne, i że wszystko, co można kupić, jest żałośnie tanie. Ale ciebie nie można zdobyć, nawet, jeśli pozwolisz się przekupić."

Rozmarzył się i, bardziej dla zabawy, zaczął planować iście filmowy romans. Co gorsza, pozwolił sobie uwierzyć w omnipotencję swych marzeń, w ich stwarzającą i płodną siłę. Jednocześnie podświadomie wiedział, że każdy centymetr, zbliżający go do realizacji tych planów, cofnie go o dwa centymetry w dziedzinie uroku i piękna, które były ich nieodzownym składnikiem. I w samym środku tej zaczarowanej krainy wyobraźni dotknęło go okrutne ostrze tragizmu: zrozumiał, że jego urojony, zaklinany dziwnymi słowami romans realizuje się właśnie w tej chwili; że dopełnia się i wygasa w bieżącym mgnieniu czasoprzestrzeni, potwornie przypadkowym i obojętnym w oczach Boga.

Zanim doszedł na szczyt przyjemności, usłyszał wysoki krzyk mewy albo rybitwy. Skończył nad zlewem, akurat gdy nokturn opus 15/2 osiągnął swego rodzaju uczuciową kulminację.

Następnego dnia sąsiad przestał odpowiadać na jego "dzień dobry".
*** 

piątek, 24 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (9)

Zapalił skręta, puścił muzykę i położył się na łóżku. Starał się nie myśleć o tym, co widział, ale ciekawość dotycząca nieobecności Audrey (a przede wszystkim tego, co porabiała) nie dawała mu spokoju. Domyślił się, że teściowa wyjechała z miasta, bo nie widział jej rano, gdy podlewała rabatki z ogrodowego węża; dzieciaków również nie było. Byli więc sami. Dlaczego Audrey postanowiła zostać w domu? Czemu nie towarzyszyła mężowi, mimo że w każdej innej sytuacji zachowywała się jak papużka-nierozłączka? Co tam robiła? Czyżby nie lubiła słonecznych kąpieli? Zadręczał się pytaniami, lecz była to udręka słodsza od cukru.

Może zatem czekała na jakiś znak, na umówiony sygnał, który miałby go zaskoczyć? Może wspólnie, w żartobliwym porozumieniu, prowadzą jakąś grę, której celem jest wykpienie go i ośmieszenie, zdemaskowanie jego nieudolnych prób obserwowania?




Do diabła z tą udawaną przyjaźnią między rodzinami, zaklął w myśli. Czyż ten absurdalny pakt, ta sąsiedzka szkoła dyplomacji, nie była od początku skazana na powolne umieranie? Czy nie był to tylko chocholi taniec i bufonada? Co mogę mieć wspólnego z bohaterskim sąsiadem, oczywiście pomijając fakt, że dzielimy jedno podwórze? Sytuacja wyglądała tak, że zamiast zostać dobrymi znajomymi (czego oczekiwały obie strony) zamieniliśmy się w konkurentów. Nikt tego nie przewidział, nikt nie miał na to wpływu. Gdybym miał żonę i dziecko, wszystko ułożyłoby się bardziej naturalnie; ale człowiek wolny, poważny, mający czas na myślenie i snucie marzeń, musi wydawać im się niegodny zaufania. I może mają rację...

Wstał z łóżka i wybrał muzykę do rozmyślań - swój ulubiony nokturn op.15/2. Rzekomo "klasyczne" wykonanie Rubinsteina nie trafiło w jego gust; było zbyt poprawne, a przy tym pozbawione emocji. Pollini, który swym nieskazitelnym warsztatem wyszlifował nokturn jak kryształ Swarowskiego, też nie spełnił jego wymagań. W końcu wybrał mało znaną interpretację Petera Schmallfussa. Ta wersja nie była doskonała technicznie, lecz idealnie wyczuwała ducha Chopina; jego zamysł, żeby przejść z początkowej, lekko filuternej beztroski, do przeczucia nieokreślonej obietnicy i nadziei, aż wreszcie - do pełnej dramatyzmu tęsknoty i nabrzmiałej ciszy mniej więcej w połowie utworu.

Nastawił muzykę na tryb powtarzania i zadowolony udał się do kuchni. Gdy ponownie spojrzał przez okno, zobaczył wyłaniającą się z podcienia domu Audrey. Niosła kunsztownie ozdobionego drinka i podała go mężowi. Przedtem zaczaiła się za jego plecami, na krótko zasłaniając mu oczy.

Było w tym geście tyle kobiecego oddania, tyle wręcz erotycznej poufałości, że nawet nie wiedząc, kiedy, zaczął zabawiać się sam ze sobą.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (8)

Nadeszło lato i upały. Małżeństwo sąsiadów, zaalarmowane lipcowymi ulewami, zabrało się do naprawy dachu, i było to jedyne wydarzenie godne zapamiętania w tym czasie. Bohaterski sąsiad wdrapał się do góry zaopatrzony w wielki ławkowiec i wiadro smoły, asekurowany przez żonę, która potem cierpliwie mieszała mazidło. Z cichym uwielbieniem śledził jej zwinne ruchy i to, jak wpierała się stopami w nierówności spojeń, aby nie spaść na dół. W tym czasie sąsiad zdzierał starą, popękaną papę (najgorzej było przy kominie) i co chwilę prosił Audrey o podanie jakiegoś narzędzia. Później, już przy wbijaniu gwoździ, ona gorliwie podawała mu podkładki.




W niedzielę upały przybrały na sile. Wydawało się, że wszystko traci swoje kontury, a jedne przedmioty przechodzą w drugie, nie dyscyplinowane przez prawa fizyki. Było tak gorąco, że nawet muchom odechciało się latać.

Opuścił swoje kuchenne obserwatorium i poszedł do siebie, aby poczytać. Wertował "Łuk triumfalny" Remarque'a, mając za podkład nokturny Chopina, ale szybko stwierdził, że nie był to dobry pomysł. Muzyka Chopina nie nadawała się na tło; uporczywie wybijała się na plan pierwszy i zakwitała na uszach, a jej zmienne tempo wyprowadzało go z równowagi i sprawiało, że gubił wątek. Była to zakąska, która zuchwale pragnęła zostać daniem głównym; tapeta, która zastępowała obrazy.

Wrócił do kuchni, aby napić się pepsi. Otwierając lodówkę zauważył, że sąsiad opala się przed domem na leżaku. Audrey tym razem została w domu. Delektował się zimnym napojem, wystawiając na widok tylko górną część twarzy, jak żaba albo hipopotam. Stwierdził, że sąsiad nie ma żadnej lektury ani nawet gazety; wystarczało mu samo słońce, w którym kąpał się z zastygłym rozkosznym uśmieszkiem na ustach. "No tak - pomyślał - oto wymarzona pogoda dla mieszczucha. Skwierczeć jak kawał mięsa na patelni, rozpuszczać swój mózg i trwać w błogim idiotyzmie. Pływać we własnym sosie i zapominać, gdzie jest granica moje-twoje - oto idealny relaks i wypoczynek."
Było jednak coś, czego nie zauważył od razu: telefon komórkowy, który tamten odłożył w zasięgu ręki. Teraz sięgnął po niego i wysłał wiadomość do żony, co można było poznać po dyskretnym uśmiechu.

"I mimo tych kilku metrów, jakie ich dzielą - myślał zazdrośnie - ślą sobie wiadomości. Zupełnie jak niedojrzałe dzieciaki, jak nudzące się nastolatki..." Poszedł do pokoju, aby dłużej nie odczuwać zapośredniczonego wstydu i zmieszania.

środa, 22 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (7)

Na szczęście wkrótce w poczekalni zjawił się nowy pacjent. Nie wiedząc, w jaki sposób (może po swetrze koloru zgniłej zieleni), zdołał odgadnąć, że był to policjant. Leżał na noszach, mając na twarzy wyraz tłamszonego cierpienia; jednak nie dało się zauważyć żadnego widocznego urazu. To, że znajdował się w stanie zagrożenia zdrowia, wyciągnięty bezradnie w pozycji horyzontalnej, przybliżyło ich i zrodziło solidarność we wspólnej niedoli. Nie miał oporów przed wyjawieniem mu całej swojej historii.

Gdy już streścił swoje przeżycia, policjant powiedział:
- Człowiek stara się funkcjonować całe życie względnie rozsądnie i w spokoju. Pracuje, wypełnia obowiązki, i ma nadzieję, że inni będą robić to samo. Że dzięki temu zasłuży sobie na ich na szacunek i po prostu zwykłe życie... Ale to nie wystarcza. Najgorsze, że można cały czas schodzić innym z drogi, zawsze unikać kłopotów, a w końcu i tak przyjdzie kolej na ciebie... Wiesz, powiedzieć, że bierność prowokuje do przemocy, to za mało. Sporo myślałem na ten temat. I może właśnie dlatego zostałem policjantem. - Tutaj przestał mówić, a jego usta zacisnęły się w bezdźwięcznej skardze. 

Słowa tego człowieka zrobiły na nim wrażenie, do tego stopnia, że nawet nie zauważył, kiedy pielęgniarze wywieźli włóczęgę. Ale to już nie miało znaczenia. Liczył się fakt, że miał wyjątkowe szczęście przyłapać policjanta na chwili refleksji i szczerości; zatrzymać dla siebie moment, gdy zrzucił maskę służbisty, zazwyczaj prawdopodobnie szczelnie przyklejoną do twarzy.
Wkrótce pielęgniarze wrócili, tym razem zabierając jego rozmówcę. Tak jak wszyscy inni, policjant również stwierdził, że jego sąsiad jest prawdziwym bohaterem. Dodał, że należą mu się jakieś podziękowania, a na koniec (najwyraźniej nie znajdując lepszej formułki) życzył mu powodzenia.



Następnego dnia siedział przy stole w kuchni razem z siostrą i ciotką. Siostra przychodziła opiekować się psem, którego chwilowo musiała pozbyć się z domu. Ona również uważała, że jego bohaterskiemu sąsiadowi należy się jakaś nagroda. Razem doszli do przekonania, iż najlepiej będzie upiec jakieś ciasto, i właśnie dlatego naradzali się w kuchni.

- Takich ludzi jest coraz mniej - powiedziała siostra - i właśnie dlatego trzeba to docenić. Tylko nie wiem, co będzie lepsze: szarlotka czy sernik.
Ciotka powiedziała, że sama zajmie się pieczeniem, i zwróciła się do niego:
- A ty mógłbyś kupić mu jakąś kawę, on jest wielkim kawoszem. Oczywiście, tylko sto procent arabica, innej nie weźmie do ust. I zwróć uwagę, żeby była pakowana w Niemczech. Te mieszanki z Polski są oszukiwane. On bardzo ceni dobrą kawę - powtórzyła. Odwróciwszy się do siostry, dodała, że wczoraj wieczorem odwiedziła ich sąsiadka i właśnie od niej wie o gustach tamtego.
Zapytał, po co były te odwiedziny, na co ciotka odparła z przesadzonym zdziwieniem:
- Jak to, po co? Oczywiście, że martwi się o twoje zdrowie!

Od chwili wręczenia prezentu, jeszcze kilka razy dochodziło do takich odwiedzin. Nastąpiło, zupełnie niezwykłe i niespotykane dla tego typu okolic, ocieplenie wzajemnych relacji. Ciasto tak przypadło do gustu teściowej sąsiada, że pewnego ranka zjawiła się z prośbą o przepis. Starsze panie wymieniły się przepisami, a następnie teściowa sąsiada zaprosiła swoją nową znajomą na basen. On ze swej strony zaczął mówić do nich "dzień dobry", a raz nawet pomachał z okna ich dzieciom.

Tak więc, odkąd doszło do tamtego fatalnego zdarzenia, dystans między sąsiadami znacznie się skrócił. Wszystko to sprawiło, że życie owych ludzi zaczęło go absorbować: z zaciekawieniem obserwował ich nawyki i zwyczaje, odnotowywał powroty z pracy, pory odprawiania i przywożenia dzieci z przedszkola, godziny posiłków i tym podobne sprawy.

Jednak z największym zainteresowaniem śledził żonę sąsiada, podziwiając jej zaradność, niewymuszoną elegancję i nawet sposób, w jaki chodziła. Zauważył, że prezentowała dość rzadki typ urody, będący kombinacją słowiańskiego wdzięku i nordyckiego chłodu. Posiadała wszelkie zalety brunetki, lecz miała błękitne oczy, a pieprzyk nad kącikiem ust dodawał jej seksapilu. Twarz tej kobiety, doskonale proporcjonalna i bogata w subtelności, wyglądała zawsze nieco inaczej, w zależności od kąta padania światła. Była osobą tak tajemniczą i fascynującą, że pozwolił sobie nadać jej własne imię i w myślach nazywał ją Audrey.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (6)

Była to właściwie zwykła szpitalna sala. Po obu stronach stały na obrotowych kółkach dwa łóżka, z czego jedno było zajęte. Na wózku siedział jakiś włóczęga, z którego unosił się typowy słodko-zgniły zapach. Nie mniej typowe było to, że smród tego rodzaju stawał się coraz wyraźniejszy i z każdą minutą bardziej nieznośny.

Usiadł w pobliżu okna, aby odciąć się w miarę możności od tego, na co skazywała go ta dziwna noc. Ale zapach amoniaku i choroby rozchodził się po sali niczym podstępny cień. Myślał o tym, co będzie robił po powrocie do domu; marzył o zwykłym obiedzie z frytkami i piwem, ciepłej kąpieli, telewizorze oświetlającym salon błękitnym, rozedrganym światłem. Wszystko to, wśród obłędnego korowodu dzisiejszych wydarzeń, zdawało się tak odległe, że aż niedorzeczne. Oddalenie przystroiło codzienność w rzadkie klejnoty, a tęsknota przekształcała ją w nieosiągalną idyllę. Ale czy to Elizjum z wygodnym łóżkiem i pilotem, kuchenką mikrofalową i rytualną poranną kawą obroni się samo?; czy zdoła zachować dawny urok i niewinność? Czy ta przewidywalna, mieszczańska stabilizacja, ten nudny dostatek nie zawierał w sobie nuty rozpaczy, która teraz, po powrocie "na stare graty", uderzy go ze zdwojoną siłą? I czy, na zasadzie przekornej ironii losu, którą wyczuwał podskórnie, jego pragnienie zachowania dawnego życia nie było przypadkiem desperacką próbą zniszczenia tej szansy - szansy, którą była cała ta zwariowana noc?




Nagle jego ruminacje przerwały odgłosy czkania i bekania śmierdzącego jegomościa. Z początku wyglądało to na atak refluksu, ale jego cierpienia stopniowo zmieniły się w coś w rodzaju złośliwych nudności. Patrząc na tego strasznego człowieka miało się wrażenie, że zaraz zwymiotuje - ale w ostatniej chwili w jakiś tajemniczy sposób uspokajał się, tylko po to, by narastanie ohydnego procesu zaczęło się od nowa. Jednak, o ile sama fizyczność tego widowiska była odrażająca, o tyle wygląd, a zwłaszcza twarz włóczęgi, była czymś w najwyższym stopniu niepokojącym: patrzył on w jakiś bezmyślny, ptasi sposób, jakby jego męki dotyczyły kogoś innego; patrzył wzrokiem żyjącego nawozu. Nudności, które raz po raz wstrząsały jego ciałem, wydawały się jedynym przejawem życia, życia, które wypełzało na twarz swego żywiciela bez jego wiedzy, a nawet wbrew niemu. Na krótką chwilę zawładnął nim pewien dziwny pomysł (że mesjasz w dzisiejszym świecie przybiera postać starego katatonika, zastygłego gdzieś w kącie), zawładnął i przepadł, wygnany przez nieludzkie zmęczenie. 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wybór metody pisania (1)

Wybór metody pisania to jedna z najważniejszych decyzji, jaką podejmujemy zanim tak naprawdę przystąpimy do pracy. Często jest jednak podejmowana szybko i pochopnie, na zasadzie "jakoś to będzie". To znaczy, że nie chcemy zbytnio roztrząsać - fundamentalnego dla nas -  problemu:

- Jak zdobyć czytelników, aby przyciągnąć ich na dłużej?

...bo jesteśmy zbyt pochłonięci naszym nowym "tematem". Jest to błąd początkujących pisarzy, błąd niecierpliwości. Robiąc w ten sposób, popełniamy co najmniej dwa podstawowe błędy, które wynikają z tego pierwszego, i działają na niekorzyść naszego tekstu.

1. Przede wszystkim - nie pozwalamy na to, aby nasz pomysł dojrzał i dzięki temu niejako sam "podpowiedział" nam, jaką technikę pisania najlepiej wybrać. W tym momencie pisania rodzi się najwięcej niedopatrzeń i słabości, które ktoś na pewno szybko "wyłowi" i skrytykuje, jeśli za bardzo pośpieszymy się z publikacją. Doświadczyłem tego niedawno, czytając pewne opowiadanie. Autor wymyślił frapującego bohatera, którego dziewczyna to pojawia się, to znika - w zależności od fazy przeżyć po przyjętym przez bohatera narkotyku. Problem w tym, że to znikanie było nieuzasadnione i nielogiczne: chłopak już na początku opowiada, jak to koledzy zazdroszczą mu "fajnej laski". Nie mogła zatem tak po prostu zniknąć, zostawiając obojętnych na to dziwne zjawisko kolegów bohatera.

2. Po drugie - pośpiech nigdy nie jest wskazany przy pisaniu (chyba, że mówimy o relacji, ale to już inna bajka). W dobrej literaturze to, o czym piszemy (czyli treść całej historii) jest tak samo ważne jak to, w jaki sposób ta historia zostanie opowiedziana.  Śmiem nawet twierdzić, że twórcy z najwyższej półki potrafią tak wykorzystać środki pisarskie, iż czytelnik będzie wiernie podążał za opowieścią, zapominając, że tak naprawdę cała historia jest banalna i nic ich nie obchodzi. Tak potrafił robić chociażby Joyce, snując przez całego grubawego "Ulissesa" bajkę o tym, jak pewien facet błąka się nocami po Dublinie.
   
 "Temat" wydaje się nam super ciekawy i zajmujący (i często tak właśnie jest), więc spieszymy się z pisaniem, bo chcemy szybko podzielić się naszym "odkryciem" z innymi. To jest naturalny odruch, najbardziej oczywiste zachowanie u pisarza, który przecież też jest zwierzęciem stadnym! Ale nie daj się skusić! Czytałem już całe mnóstwo opowiadań kryjących w sobie istne skarby intelektu i pomysłowości - ale ich autorzy nie zadali sobie trudu nad przepracowaniem tematu i w konsekwencji go zniszczyli.

Sam jestem zwolennikiem pisarstwa organicznego, to jest takiego, które wypływa bezpośrednio z przeżyć, wrażeń i odczuć naszej psychiki i ciała. Otóż polega to właśnie na zgłębianiu i analizowaniu wszystkiego tego, co skłania nas do pisania. Już wyjaśniam, o co chodzi.

Początkujący pisarz często nie stawia sobie pytania, dlaczego tak naprawdę pisze. A jest to pytanie podstawowe, od którego powinien zacząć. Jeśli zadamy sobie ten trud stwierdzimy, że człowiek w zasadzie zawsze pisze o emocjach i wrażeniach. (Tak przynajmniej dzieje się w dobrej literaturze). I pytanie następne: dlaczego postanowiłem zająć się tym, a nie innym uczuciem? Dlaczego wydało mi się tak zajmujące, takie ważne? Chodzi tu o przeżycia osobiste, które analizowane zawsze doprowadzają nas do konkretnej wiedzy, często wiedzy o sobie. I właśnie ta wiedza to element, który wzbogaci nasze pisanie.

Jeśli więc nie masz analitycznej natury, nie lubisz znać podłoża danego zjawiska, a do tego - niezbyt interesuje Cię zgłębianie własnych przeżyć (o ile takie istnieją), to raczej nie będziesz dobrym pisarzem. To jasne, że każdemu wydaje się, iż to właśnie jego wrażenia i odczucia są najbardziej zajmujące; jego emocje są tymi najważniejszymi. Może tak jest, ale niestety nazbyt często okazujemy się fałszywymi prorokami. Po ochłonięciu, nabraniu dystansu to, co zdawało nam się unikalne i rzadkie jak diament, okazuje się być pospolitym, przerabianym już setki razy banałem. 

Oczywiście, nie popadajmy w skrajności. Zbyt długie analizowanie powoduje, że przedmiot naszych zabiegów traci początkową świeżość, nabiera niepotrzebnego balastu słów. Robiąc notatki, zapisując pierwsze pomysły i redagując szkice, używajmy form zwięzłych i skrótowych, oddających samą esencję. Potem rozpiszemy się do rozmiarów, które nas zadowolą.

Podsumowując: tym, co najbardziej zajmuje przeciętnego czytelnika są emocje i przeżycia, z którymi może się zidentyfikować. Ten zaś efekt osiągniemy tylko podejmując świadome decyzje co do technik i metod warsztatowych, stanowiących całą gamę środków przyciągających odbiorcę. Emocje, które w formie pierwotnej mają walor świeżości i nowości, po "obróbce" zyskują dodatkowo uniwersalność - czyli to, o co nam chodzi.

Emocje i wrażenia, które subiektywnie są ważne, nabiorą znaczenia dopiero poprzez swą uniwersalność - a to jest z kolei funkcją naszej sprawności warsztatowej. Przykładowo: porzucenie przez dziewczynę jest doświadczeniem, które dotknęło chyba każdego mężczyznę; ale musimy sobie zadać pytanie:

- Co takiego ciekawego jest w mojej historii, że fatyguję innych, aby raczyli zwrócić na nią uwagę? 

Większość początkujących pisarzy na samym doświadczeniu (subiektywnym przeżyciu) niestety poprzestaje. Zadowalają się wąską perspektywą własnych doznań, uważając, że są dostatecznie zajmujące, aby przyciągnąć odbiorcę. I postępują tak, jak zdecydowana większość ludzi: ograniczają pole widzenia do pięciu centymetrów od swego nosa.

Podczas, gdy dopiero na szóstym centymetrze zaczyna robić się ciekawie.    

niedziela, 19 kwietnia 2015

Bohaterski sąsiad (5)

Idąc korytarzem, zobaczył siedzącą pod ścianą kobietę, która spokojnie czekała na swoją kolej. Wyglądała zupełnie normalnie, ale w samym środku jej prawej dłoni tkwił ogromny, upiornie połyskujący nóż. Dłoń, wraz z częścią przebijającego ją żelastwa, zakrywał pracowicie owinięty bandaż. Był zbyt zmęczony, aby poczuć wstrząs czy obrzydzenie. Pomyślał tylko niejasno o tym, że szpital za dnia, jego zapobiegliwa, powierzchowna czystość, jego porządek odwiedzin i rutynowych obchodów, jest czymś biegunowo różnym od tego, w co zamienia się nocą, a co uchodzi uwadze większości ludzi. Bo w nocy staje się miejscem gromadzącym wszelkie plugastwo, dającym schronienie najbardziej dziwacznym, wstydliwym i zwyrodniałym formom życia - i szpitalne karetki, na spółkę z radiowozami i nocnymi taksówkami, krążąc po całym mieście, uwijając się jak mrówki-robotnice, zbierają z najodleglejszych dzielnic te ludzkie resztki, ten uciemiężony, odtrącony i połowicznie strawiony ochłap: cień i odbicie swej jasnej strony.




Właśnie o tym myślał, dochodząc do końca korytarza, gdzie powitał go dość ponury, oświetlony jarzeniówkami pokój. Było to osobliwe atelier, pośrodku którego stało wielkie, siermiężne pudło aparatu fotograficznego. Człowiek obsługujący aparat nawet dobrze na niego nie spojrzał. Tutaj było się tylko numerem w rubryce, czymś pośrednim między martwą naturą a dowodem przestępstwa. Fotograf zrobił mu zdjęcia en face i z profilu, wydając przy tym krótkie, niecierpliwe polecenia. Pomyślał, że takie ujęcia muszą do złudzenia przypominać te z policyjnych zatrzymań; z tą różnicą, że tutaj było się domniemaną ofiarą, a nie sprawcą.

W końcu trafił do lekarza, który miał zbadać stan jego oczu. Widocznie musiał wyglądać strasznie, bo nawet ten stary wyga, mimo oswojenia się ze swym fachem, pokręcił na jego widok głową, mówiąc (z nieukrywanym podziwem), że nieźle go urządzili. Kazał mu patrzeć na wprost, do góry i na boki, niemal wkładając mu w oczodół malutką stalową latarkę.

- No, niechże pan spojrzy w lewo - instruował go. - Chyba umie pan spojrzeć na lewo?! - Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, z jakim wysiłkiem wiązało się zwykłe patrzenie: w zbitym oku pojawiło się coś w rodzaju piasku, tak, że gałka zdawała się skrzypieć, jak szklana kulka w drewnianej oprawie.

To wszystko nie było zbyt przyjemne. Jednak prawdziwe piekło zaczęło się w poczekalni.